![]() |
|||||||||||
![]() |
|
|
|
|
|||||||
|
|
|
|
|
||||||||
|
|
|
|
|
||||||||
|
|
|
|
|
||||||||
|
|
|||||||||||
![]() |
|
||||||||||
![]() |
|||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
To był chyba listopad '95. Zadzwonił do mnie Cola i umówił się ze mną na pierwszą próbę. Jak się później dowiedziałem była to pierwsza próba od trzech miesięcy - przerwa ta była spowodowana śmiercią poprzedniego basisty, Małego. Dziwnie się wtedy poczułem, kiedy zobaczyłem Colę, a Cebulowy tak się na mnie patrzył i podszedł do mnie z cholernie dużym dystansem, dało się wyczuć. Myślę, że było to spowodowane tym, że był bardzo zżyty z Małym. Zespół nazywał się Helgrind - później nazwa zostaje zmieniona - muzyka jaką grał ocierała się o Black - Death, coś w stylu szwedzkiego Hypocrisy. W trzyosobowym składzie graliśmy, gdzie się dało, czasami nawet do tego dokładając. Tak oto mijają miesiące. Milczysz...We wrześniu '96 zapada decyzja o wejściu do studia. Po licznych kłopotach związanych z ustaleniem terminu nagrania - przekładano go dwa razy - wchodzimy do Selani studio w połowie grudnia. Wtedy właśnie podczas jednego z wieczorów Cola rzuca hasło: "zmieńmy nazwę, co myślicie o Al Sirat?". Ja nie miałem nic przeciwko temu, Melissie - kumpelce zespołu też się podobało. Cebulowego nie było wtedy w studio z powodu jego pracy, wyjechał po nagraniu bębnów, także nic o tym nie wiedział. Nie miał nic przeciwko temu, bo nie mógł mieć. Wszyscy zresztą się wkurwili po jego wyjeździe, gdyż nie zostawił pieniędzy za studio - swojej części. Po tym incydencie po raz pierwszy Cebulowy ma wylecieć z kapeli, lecz tak się nie stało. Studio w większości finansuje Cola z pieniędzy, które dostał na 18-te urodziny. Tak właśnie w przedświątecznej atmosferze powstaje demo "Milczysz". Po nagraniu okazało się że niezbędny jest drugi gitarzysta. Poprzez te same osoby, przez które trafiłem do zespołu, Al S znajduje drugiego gitarzystę. Jest nim Kracha od stycznia '97. "Milczysz" stylowo można określić jako techniczny i melodyjny Death - Trash. Mimo gotowego materiału wszystko stanęło w miejscu z powodu matury Coli, a także jego późniejszych egzaminów na studia. Jakiś czas po nagraniu Kracha również idzie na studia i reszta zespołu traci z nim kontakt. Kracha objawiał brak zainteresowania zespołem i jakby wcale go nie obchodził, takie jest nasze zdanie. Przed wakacjami zagrał pierwszy i ostatni koncert z Al S w miejscowym klubie "21". Ta sprawa nie została wyjaśniona do dziś, we wrześniu '97 widzieliśmy Krachę po raz ostatni, a wcześniej w czasie wakacji Cola zaczął rozglądać się za jego następcą. I to był kluczowy moment dla zespołu, ponieważ podczas pobytu na wakacjach spotyka przyszłego gitarzystę i co ważniejsze spotyka też Tomka Brauna, który zostaje wydawcą i menagosem zespołu. Rozmawiali przy ognisku o muzyce i Cola wspomniał: "słuchaj mam zespół i nagrany materiał, może wyślę go tobie daj mi tylko adres". No i wysłał. Tomkowi bardzo podobało się to co usłyszał i we wrześniu zaczęła się promocja demówki, Cola w Polsce, a Tomek w rajchu. Od początku nadchodziły przychylne recenzje. Dlatego Tomek postanowił ściągnąć Al S do siebie. Udało się, 5 września 1998 r. zagraliśmy jeden koncert w Niemczech, to była świetna zabawa. Oczywiście trzeba tu wspomnieć o faderze Singla, bez którego nigdzie pewnie byśmy nie pojechali. Jesteś równy gość Leszek! Po tym koncercie Tomek zakłada MetalStorm i zajmuje się zespołem na poważnie. Jak dzisiaj mówi: "to przez was buraki, gdybym was nie spotkał to teraz miałbym spokój". A tak na marginesie to SINgiel na początku nie brał poważnie grania w Al S. Chciał tylko nagrać płytę i założyć własny zespół, ale na szczęście gówniarzowi to minęło. Kiedy Cola powiedział, że będzie z nami grał gość, który ma 16 lat, to pomyślałem Hmmm, Hmmmm! I przyszedł na próbę taki dzieciaczek i zaczął piszczeć jakąś dużą i dziwną gitarą mało wajchy nie wyłamał. Pomyślałem wtedy, że jest dobry, nawet bardzo. Tak. Cebulowy vs ColaPowoli zaczęliśmy robić materiał na LP, przez ten czas Cebulowy jakby zżywa się z SINglem, chwali ostentacyjnie jego grę, stara się podważyć pozycję Coli. Z tego powodu mają miejsce nieprzyjemne sytuacje. Kiedy Cola mówi, że coś jest nie tak z tym czy z tym - chodzi o pracę nad nowym materiałem - Cebulowy naskakuje na niego, czując się pewnie wiedząc, że ma za sobą SINgla. Niby jest to banalne, ale miało wpływ na późniejszy skład kapeli. Od tamtej pory Cola i Cebulowy częściej popadali w konflikty niż zwykle. Powoli wszystko zbierało się na niekorzyść bębniaka. Materiał na LP powstał w ciągu trzech tygodni w czasie wakacji '98, oczywiście główne rify były ułożone dużo wcześniej. Mnie przy tym nie było z powodu wyjazdu za granicę. Kiedy wróciłem pozostałe 3/4 zespołu mile mnie zaskoczyło. To było coś dziwnego, wracam i słyszę jakby obcą kapelę. Po jakimś czasie poprzez znajomości Leszka (Kościkiewicz i jego Zic-Zac) mamy szansę zabłysnąć w niejakim "Gun". Zostaje tam wysłane demo i nagrane w szybkim tempie zlepki nowego materiału. Jest to zajebiście wielki koncern i nikt z kapeli nie miał wielkich nadziei na to, że się uda. Po kilku tygodniach sprawa przycicha i wszystko wróciło do normy. Okazało się że GUN pada po ostatniej bardzo nieudanej inwestycji - KRISIUN zdaje się. Po kolejnej sprzeczce Coli i Cebulowego szala się przepełniła. Postanawiamy zwolnić pałkera. Nie było łatwo rozmawiać o tym ze starym kumplem, który od początku grał w kapeli. Nie można było też zostawić tego jak stało się to z Krachą. Jakiś czas nie spotykaliśmy się z Cebulowym i zaczął się domyślać się co jest grane. Swoje wątpliwości rozwiał podczas rozmowy z osobą trzecią, nie wiem jak to się stało, że ktoś o tym wiedział, ale z drugiej strony ułatwiło to rozmowę. Akurat w tym czasie Tomek postanowił wydać płytę Al S i zaczęły się gorączkowe poszukiwania następcy. Signa TemporiDługo to nie trwało, Cola po rozmowie ze starym znajomym nakłonił go do pracy z nami. Na początku umowa ta miała charakter "muzyk sesyjny", Hoyniac miał tylko ponownie zrobić bębny i nagrać je w studio. 30 stycznia odbyła się pierwsza próba. "Cześć, cześć, to co zaczynamy?" Wszyscy podeszliśmy do niego z dystansem, tak samo jak on do nas, tyle, że u niego był on dużo większy. Po pierwszych 20 min. wszyscy byli zachwyceni grą Hoyniaca, a on sam spuścił trochę z tonu. Na początku zadzierał trochę nosa, bo wiedział, że nie ma na niego leszcza. Po drugiej próbie kiedy siedzieliśmy w knajpie powiedział: "kurwa ja myślałem, że to będzie jakiś syf, a wy tu kulturka gracie na tych gitarkach". I wtedy puściły lody - sam grał wcześniej w kilku kapelach (w tym chyba w najlepszej w gminie - MANITOU) i dlatego wszystkich innych miał gdzieś, uważał się za najlepszego i w sumie był najlepszy jakiego znamy. Jeśli coś mu się nie podobało to był: "syf, kompletna amatorszczyzna, lipa, albo bieda jak chuj". To właśnie powiedział o naszej demówce. Kiedy poznaliśmy go bliżej okazało się, że jest całkiem inny - wesoły, duży dzieciak. W końcu mieliśmy najsilniejszy skład od początku historii kapeli. Jeden uzupełniał drugiego, było idealnie, pasowaliśmy do siebie jak puzzle. Termin studia był umówiony na 20 marca i nie było mowy o jego przesuwaniu jak to było z demówką. Przez interesy Hoyniaca zaczęło brakować czasu. Raz była próba, raz nie. Wszyscy wkurwieni, że nie zdążymy a on jak zwykle: "spokojnie, wszystko będzie kulturka". "Under the pressure" został zrobiony dwa dni przed studiem i do tego prawie go nie pamiętał kiedy doszło do nagrania - zresztą nie pamiętał wielu innych drobiazgów. Myślę, że jednak zrekompensował te wszystkie nerwy tym co zrobił. W studio pokazał, że jest muzykiem z prawdziwego zdarzenia. Ale za to SINgiel miał trochę kłopotów przy nagraniu - nierówno, nieczysto - i to sprowadziło go na ziemię. Pamiętam jak mówił: "Będę musiał poćwiczyć w domu te błędy i następnym razem będzie 100%", dobrze mu to zrobiło. Po nagraniu okazało się, że trzeba będzie dograć cover Vivaldiego - którego nie zdążyliśmy zrobić na sesję - Tomek oparł całą promocję na tym właśnie utworze. Mieliśmy na to tydzień, ale wtedy wynikł nieoczekiwany problem. Hoyniac tylko raz zjawił się na próbie. I to był pierwszy sygnał, że mogą być z nim kłopoty. Na szczęście poratował nas Hell'mut, kumpel z "branży". To właśnie z nim pojechaliśmy do studia i jakimś cudem udało się nam we trzech (Hell'mut, Cola i ja) nagrać piosenkę w 15 godz. Cola był niemiłosiernie wkurwiony na Hoyniaca, sam nie wiem czemu go wtedy broniłem. Jeśli zaoferował się żeby grać z nami to jak mógł nam to zrobić, no jaaak mógł nam to zrobić? Cola postanowił, że spróbujemy z Hell'mutem - byłem temu przeciwny od początku i obstawałem za Hoyniacem. Okazało się, że miałem rację. Hell'mut nie potrafił zagrać tego co Hoyniac i znowu było po staremu. To nie znaczy, że Helmutt jest złym bębniarzem i nie może z nami grać - "z wielkimi gwiazdami" - nie dziwię się, że nie poradził sobie z Hoyniaca ciki naka puku taka, mało kto potrafiłby zagrać w takim stylu. Potem Gruby przeprosił nas i wrócił do łask. Jak się okazało nie na długo. Tomek ustawił pięć koncertów w Niemczech, jako taką mini trasę promującą album "Signa Tempori" i do ostatniego dnia nie było wiadomo czy pojedziemy - przez problemy Hoyniaca. Na granicy powiedział nam, że może być lipa, bo prokuratura zabrała mu paszport i jedzie jako swój brat!!! Dopiero skumaliśmy o co chodziło z tą jego zgoloną "na dzieciaka" mordą. Ale udało się i po trzech miesiącach bez grania - haa haaa, kurwa, śmieszne - Al S staje na berlińskiej scenie i odgrywa taką szopkę, że szkoda gadać (koncert promujący płytę) oczywiście myśleliśmy, że będzie gorzej. Przed tym koncertem Hoyniac przyznaje mi się, że się boi i więcej czegoś takiego nie zrobi. To były piękne dni i świetnie się wtedy bawiliśmy. Było jakby to Chojniak powiedział "fantastycznie!!!". Trasa trwała od 4 do 13 czerwca '99. Po powrocie zrywamy ze sobą kontakty, aby odpocząć. Akustyk na bębnyPo wakacjach okazuje się, że Hoyniac ma ogromne problemy osobiste i jest "niedysponowany". Tym razem to nie przelewki i wszyscy byliśmy zgodni, że trzeba szybko znaleźć jego następcę mimo tego, że to nie jego wina - tym razem. Trudno jest pracować z kimś na kim nie można polegać. I znowu nie było składu, a trwało to 4 miesiące. I 22.10.99 o godz. 20 zero zero w "21" odbywa się pierwsza próba z niejakim Adamem Es - z pałkerem, którego polecałem Coli zamiast Hell'muta. Po tym zajściu Cola jest trochę rozczarowany, ale jak mówił: "jest spoko", a po trzeciej próbie widać było zadowolenie i głupawy uśmiech na jego twarzy. SINgiel mówił: "spoko już skumał piosenki i teraz będzie kombinował". Nie ma się co łamać, powoli wszystko zaczynało grać. Najgorsze było to, że musieliśmy robić ten sam materiał już trzeci raz! Był prawie gotowy po miesiącu, a 20 listopada mieliśmy grać gigsa w nowym składzie. Aż tu nagle ktoś się dowiedział, że Hoyniac już jest i ostro chce mu się grać. Kiedy go zobaczyliśmy to tak się uradowaliśmy... Na początku nie chciał zagrać 20 - ego, ale po pierwszej próbie zdecydowanie zmienił zdanie. Któregoś razu kiedy szliśmy we dwóch pograć powiedziałem, że może zagrać dwa, czy trzy numery te, które słabo wychodzą Adamowi i w ogóle będzie to coś dziwnego jak będziemy mieli dwóch bębniarzy. Pomyślał i po chwili odpowiedział: "po co". W drodze do Białegostoku mieliśmy wypadek, Cola rozbił auto przez jakiegoś ruskiego tira (20 km od celu). Ale jakoś dojechaliśmy, a gig był "db". Był to pierwszy gig w Polsce (poza Ostrołęką) gdzie AS grał jako headliner i ponad 400 biletów poszło! No, a po koncercie postanowiliśmy, że Adam będzie i tak z nami jeździł jako akustyk, z resztą bylibyśmy nie w porządku wobec niego, gdyby po tym wszystkim skończyła się nasza współpraca. Postanowiliśmy, że jak już będzie jakaś kasa z grania to po prostu będziemy mu płacić za jego pracę. Prawie miesiąc później był drugi koncert w Krakowie (klub "Koziorożec"), nawet nie chce mi się o tym pisać. Po tym koncercie stwierdziłem, że już nigdy nie pojadę na gig pociągiem bo kiedy docieramy na niego w ten sposób to nie ma większej lipy. Potem nawet zacząłem mówić "ale Kraków" jak ktoś odjebał jakąś kichę. Jeszcze nigdy nie zostaliśmy tak potraktowani, na dodatek ten CHUJ, który miał nam płacić za koncert nie dosłał połowy kasy do dziś (której rzekomo nie miał wtedy). Starczyło nam wtedy tylko na powrót. Potem była świąteczna orkiestra, bardzo zimno, ale dobry gig. Minuta ciszyPo tym koncercie była już tylko nuda, do samych wakacji kompletny zastój, żadnych sztuk ani prób. Mało się widzieliśmy, w międzyczasie postanowiłem zmienić sprzęt na coś konkretnego, a że nic się nie działo sprzedałem piec i czekałem na dobrą okazję. Pod koniec maja ja i SINgiel zdaliśmy maturę i razem z Colą postanowiliśmy, że pójdziemy do Akademii Filmowej w W-wie i dostaliśmy się. W czasie wakacji zaczęliśmy myśleć o nowym materiale, Sin przyjechał na próby i próbowaliśmy, ale to jeszcze nie było to więc znowu przestaliśmy grać. Pod koniec sierpnia Coli zajebali część pieniędzy, które zarobił w Niemczech na początku wakacji - a miał okazję kupić dobrą "pakę" do swojego wzmacniacza, więc pożyczyłem mu tyle, ile brakowało - i od tego momentu zaczął się zły okres, chociaż wtedy nic jeszcze na to nie wskazywało. Wakacje zleciały, a we wrześniu Hoy z Adamem wypatrzyli gdzieś w W-wie busa - nazywał się Johny Bravo za 4 tyś 79r, Ford. Na początku Cola i jego matka byli przeciwni kupowaniu takiego sztrucla, Sinkowi było to obojętne, a ja chyba chciałem, nie pamiętam. Hoy zaparł się ostro no i postanowiliśmy po niego jechać - na drugi dzień już był. Ta niepewność towarzyszyła nam do momentu kiedy zobaczyliśmy go pierwszy raz. Wyglądał zajebiście, prawie nówka lakier, nowe siedzenia, czysty. Pamiętam jak właściciel mówił, że trochę luzów na kierownicy i musimy wymienić jeden amortyzator, a tak to można nim pruć. No i kupiliśmy. Jak się później okazało amortyzator był dobry, tylko trzeba go było przyspawać, był po prostu wyrwany, a luzy w kierownicy miał jak ruski traktor! No ale za takie pieniądze naprawdę było warto. Chociaż później wiele razy tak nam dał popalić, że prawie go spaliliśmy. Jednak wiele razy bardzo się przydał. pod koniec września mieliśmy załatwiony koncert w Kłodzku chyba 15 października. Mogliśmy w końcu bez problemów zapakować się i jechać na koncert. Gig był zajebisty, publika przyjęła nas bardzo dobrze, a graliśmy jako nieznana kapela z np. bardzo znaną Lux Oculta. Tam właśnie spotkaliśmy się z Tomą z Metal Storm. Przyjechał jakiś dziwny, smutny i bez życia. Ale po naszym występie to się zmieniło. Miał wtedy niepewne info, co do kilku większych festiwali w wakacie 2001r. Ponaglił nas do nagrania demo - które musieliśmy nagrać za własne pieniądze. No i na tym się skończyło on wrócił do Niemiec, a my do siebie. Zapowiedział nas w Massacre Rec. i Metal Blade więc musieliśmy się pospieszyć z nowym materiałem. Najlepszy rok, najgorszy rok 1W ciągu następnego miesiąca wszyscy popadliśmy w kłopoty finansowe, bieda była aż piszczało. Wtedy stało się coś, czego do końca nie rozumiem do dziś. Sin zrobił się jakiś dziwny, w ogóle się nie uśmiechał i przez cały czas chodził zdołowany. Coś tam mówił o sprzęcie, żeby mógł dawać koncerty sam, nikt nie wiedział o co mu chodzi. Nad wszystkim wielka tajemnica. I pewnego wieczoru zadzwonił do nas. Zaczął coś ściemniać, nie wiedział jak to powiedzieć. Cola wręcz powiedział to za niego - "chcę odejść z zespołu, nie mam już siły, mam dosyć". Cola wkurwiony odłożył słuchawkę, nie wiedział co powiedzieć. Przez chwilę zapanowała cisza i nic nie mówiliśmy. Myślę, że złożyło się na to wszystko, ciągłe niepowodzenia, brak pieniędzy i do tego w ogóle nie graliśmy. Hoyniac i Cola twierdzili, że to jego dziewczyna. Ja nie zgadzałem się z tym do końca, myślę, że największy udział miał jego ojciec. Mieli wtedy dołek finansowy, a Leszek widział, że w zespole nie dzieje się zbyt dobrze, więc gonił go do pracy i skończenia szkoły. To go dobijało. Na drugi dzień rozmawialiśmy z nim, potem jeszcze Hoyniac wsiadł na niego i po kilku dniach udało się złagodzić tą sytuację - w pewnym stopniu. W końcu sprzeciwił się starszemu - wiadomo było, że wrócił. To był na prawdę ciężki dla nas okres i dla zespołu, ciągle się kłóciliśmy. Mimo tych wszystkich przeciwności, udało się rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Termin studia został ustalony na 5 stycznia 2001r. Problem był tylko z kasą, jak tu zapłacić za nagranie. Trwało to kilkadziesiąt dni, ale w końcu udało mi się namówić matkę na to, żeby wzięła studio na raty. Przygotowaliśmy 3 piosenki. Potem była kilkudniowa przerwa na święta i sylwester, którego postanowiliśmy spędzić razem - niestety oprócz Sinka. Podczas tej balangi postanowiliśmy, że to będzie nasz rok, rok 2001. Każdy z nas dostał takiej olbrzymiej energii, a 2 dni później graliśmy 2 ostatnie próby, aby wszystko dociągnąć do końca. Po nagraniu bębnów wpadł nam koncert w B-stoku na orkiestrze - 5000 ludzi. To był dobry występ, jako jedyni zagraliśmy na żywo mimo mrozu i sprzeciwu TV i było świetnie. Publika świetnie się bawiła - my też. A potem znowu studio. 15 stycznia demo było gotowe, czekaliśmy tylko kilka dni na mastering. Materiał od razu poleciał do Niemiec dla Tomy na promocję, a my staraliśmy się działać w Polsce. Realizator Selani, Saymon, podrzucił demo Mariuszowi Kmiołkowi - szefowi "Trash'em All" i za kilka dni mieliśmy się z nim skontaktować. I tak się stało, ale on powiedział, że dobrze gramy, ale piosenki są za długie, że nikt nie słucha thrash'u, tylko death metalu, a poza tym on nie ma czasu, no brzmienie mu się podobało. Tak to jest jak ktoś jest sto lat za murzynami i słucha przez całe życie tylko 2 minutowych sieczek. Ale tego się spodziewaliśmy bo za czasów "Signa Tempori" też podrzuciliśmy mu materiał i było podobnie. Więc nikt na jego pomoc nie liczył - spróbować nigdy nie zaszkodzi. No i tak czekaliśmy... Pod koniec stycznia graliśmy gig, nie chcę nawet tego wspominać. Wzięliśmy naszą kasę i kiedy wydawało się, że się trochę podreperujemy finansowo, na środku skrzyżowania o północy Johny Bravo się roooozjebał!!! Padł wał napędowy, a prawie cała gaża poszła na jego ściągnięcie i naprawę. Później trzeba było dołożyć drugie tyle... Chuj! Oczywiście mówiłem Hoyniac'owi wiele razy, że coś tam stuka coraz bardziej, ale on kwitował to zawsze "czeeego się kuuurwa martwisz, skończ pierdolić, co ci tam puka". No ale jak ojciec mówi, że nie puka, to nie puka. Potem na dodatek dowiedzieliśmy się, że lipa z Masacra Rec. i resztą, bo rzekomo kogoś tam wydali i nie mają pieniędzy - standard. Kiepski czas na ambitną muzę. Kolejną kopię Vadera łyknęli by z miejsca. To nas dobiło, a przynajmniej mnie. Lecz długo się tym nie martwiliśmy. Najlepszy rok, najgorszy rok 2Pod koniec lutego Cola dostał nr tel. do Yody - managera Acid Drinkers - wysłał pakiet promo i zadzwonił za kilka dni. Yoda mówił, że materiał jest super, ale żeby Cola zadzwonił za tydzień, bo teraz ma dużo pracy związanej z trasą Vadera i Sceptic. Po tej rozmowie wróciły jakieś nadzieje na to, że w końcu miną te wszystkie niepowodzenia i choć trochę sprawy się wyjaśnią. Niestety tydzień później Yoda nawet nie pamiętał, że dostał nasz materiał i znowu kazał zadzwonić za jakiś czas - tak było kilka razy. W końcu stwierdziliśmy, że niech się wali na ryj! Wtedy Tomek Mielcarz, od którego dostaliśmy nr poszedł do Ślimaka (bębniarza Acid Drinkers) z materiałem i osobiście mu go włożył w odtwarzacz, a że znał się ze Ślimakiem bardzo dobrze, nie było problemu - był fotografem AD. Wtedy też zaczęliśmy tracić kontakt z Tomą. Cola coś tam dzwonił do Niemiec, ale od dłuższego czasu coraz mniej zajmował się Al S. Po prostu co miał zrobić i mógł zrobić, chyba zrobił. Na początku maja Tomek M. zadzwonił do Coli, żeby skontaktował się z Yodą, bo Ślimak rozmawiał z nim o Al S. To była zupełnie inna rozmowa. Wstępnie ustalili, że jedziemy z Drinkersami pod koniec września na około 17 koncertów, a wcześniej pod koniec czerwca na 4 lub 5. Kilka dni później zaczęły się też rozmowy ze sponsorem, bo potrzebowaliśmy kasy na tę trasę. Nagle wszystko przestało iść przeciwko nam. Byliśmy tak naładowani, że od razu po jakichś 2 m-ach przerwy zaczęliśmy grać, żeby przygotować się na maxa. Na którejś z prób Hoyniac i SINgiel stwierdzili, że Cola bardzo opuścił się w grze na gitarze i zaproponowali, żeby zaczął więcej pracować nad voc., a git. niech zajmie się SINgiel I chyba powoli zaczął tak robić. Nagle 2 czerwca Cola dostał e-maila od gościa, u którego pracował w Niemczech. Zaproponował mu pracę od zaraz. Miał zarabiać na początku 5 tys. DM, później podobno nawet 10 tys. To była jakaś praca w stylu makler i oczywiście wtedy o zespole nie byłoby mowy. Na jego szczęście odmówił. Gdyby spróbował wyjechać to chyba bym wynajął mordercę, żeby go załatwił. Sam nie dałbym mu rady. Jak dla mnie chyba trochę za duży. Po tym SINgiel powiedział, że wstydziłby się teraz zrezygnować z kapeli po decyzji Coli. Cola zaczął szukać też mieszkania, bo w domu miał już nieciekawą sytuację. Hoyniac zaproponował jednak, że lepiej wynająć dom. Mógłby z nim mieszkać Adam, a za jakiś czas SINgiel i może ja. Mielibyśmy tam próby i wszyscy mogliby nas pocałować w dupę. Od razu wyobraziłem sobie jaki w tej Alchacie po miesiącu byłby syf i burdel. Hi, hi !!! Powoli zaczęliśmy zbierać się do grania. I tak kurwa do zajebaniaCały tydzień przygotowywaliśmy się do koncertu i kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik a samochód załadowany i gotowy do wyjazdu, stała się rzecz niebywała. Ale po kolei. Nie wiedzieliśmy, w jakim klubie gramy i gdzie się on znajduje, więc Cola zadzwonił do Yody, żeby dowiedzieć się wszystkich szczegółów. Niestety, Yoda nie wiedział tego i dał numer telefonu do gościa odpowiedzialnego za całą imprezę. No więc Cola dzwoni. Dzień dobry, jest taka sprawa, na to gość: "Ale ja nic nie wiem o tym, żeby ktoś jeszcze grał oprócz zespołów, o których wiedziałem dwa tygodnie temu i nie ma możliwości abyście zagrali ponieważ koncert i kasa są już zamknięte." Cola dzwoni do Yody i mówi to, co powiedział przed chwilą organizator. Na to Yoda: "No wiesz, skoro ten pan tak powiedział, to tak jest." Pomyśleliśmy sobie - O KURWA!!! Co to jest?! Nie będę pisał tego, co w tamtym momencie powiedzieliśmy na temat Yody, bo nawet nie ma chyba takich słów. Sam już nie wiem, czy byłem wkurwiony, czy chciało mi się śmiać. Najbardziej zdenerwował się Cola i Adam. Ten drugi, gdyby dostał Yodę w swoje ręce w tamtym momencie, na 100% urwałby mu łeb i naszczał do szyi. Po jakiejś godzinie spotkaliśmy się w knajpie żeby pogadać i pomyśleć co dalej. I postanowiliśny że jedziemy do Pszowa wyjaśnić całą historię z Yodą. Przynajmniej dowiemy się, dlaczego tak się stało i dlaczego tak nas potraktował - jak dziesięcioletnich gnojków, którzy dopiero wchodzą na scenę. Doszliśmy do wniosku, że po prostu nas nie widział i nie słyszał, dlatego nas olał, ale skoro wszystko umówione i przez telefon normalnie rozmawiał, to zagrał ostro w chuja. No i pojechaliśmy. Ja, Adam i Hoyniac busem, a reszta z matką Coli. Bojowo nastawieni jechaliśmy do samego rana. Na miejscu około 6 znaleźliśmy jakiś hotel - pierwszy lepszy. Jak się później okazało, w tym samym hotelu miał być zakwaterowany Acid. W południe pojechaliśmy do klubu. Acid jeszcze nie było, więc wróciliśmy. Kiedy jedliśmy obiad, kilka razy przechodził koło nas Yoda, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że to on. Pamiętam jak Adam mówił "Pokażcie mi go, to od razu go napierdalam". Hehe. Później Cola zadzwonił do niego i okazało się, że jest w klubie i oczywiście możemy porozmawiać. Pojechaliśmy. Na miejscu jakiś klient mówi, że gdzieś wyszedł, czekaliśmy więc ze 20 minut. Coli matka już się wkurwiła i chciała wyjść. Patrzymy - idzie gość z hotelu - to był on!!! Poszedł gdzieś na górę, my za nim, ale gdzieś zniknął, więc Cola dzwoni. On nie odbiera, no to się wkurwiliśmy i ładujemy się na górę do garderoby - Adam został w samochodzie, bo jak mówił "lepiej nie idę, bo będę go od razu napierdalał" - wchodzimy. Przedstawiliśmy się, Yoda był chyba odrobinę zmieszany i zdziwiony że przyjechaliśmy i to do tego 700km. Na początku chciał nas zamknąć swoim atakiem ponieważ powiedział "Nie gracie" a i tak przyjechaliśmy, ale nas było więcej, haha. Powiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy zagrać tylko wyjaśnić całą sytuację, dlaczego potraktował nas tak po chamsku, jak jakichś frajerów. Rozmawialiśmy kilka minut, coraz spokojniej. Yoda przeprosił nas, że rzeczywiście to jego niedopatrzenie i że jeszcze pogadamy. Po tej rozmowie wróciliśmy do hotelu, a zaraz potem Acid. Zawołaliśmy Titusa do pokoju, wyjęliśmy jakieś dwa i pół litra dzięgielówki, 5-litrową beczkę piwa, no i ognia! Siedzieliśmy i rozmawialiśmy ze 2 godziny do momentu, kiedy Titus nie musiał zbierać się na sztukę. Adam i Hoyniac pojechali z Acidami a my doszliśmy nogami. Aha, oprócz SINgla, bo biedak trochę przesadził i został. Coś tam się ruszał i próbował chodzić ale kiedy się potknął, rzuciło go na wyro i tak już został do rana. Na drugi dzień zjedliśmy śniadanie razem z Yodą, oczywiście dostał szklanę dzięgielówki i wrócił do Warszawy razem z SINglem, Colą i jego matką. W drodze dużo rozmawiali. Yoda powiedział, że mimo tych nieporozumień polubił nas i postara się załatwić kilka sztuk z Acidami. Cola miał dzwonić co jakiś czas i dowiadywać się. Od tego momentu wszystko zaczęło się jakoś prostować i wyjaśniać. Już nie do tyłu, tylko do przodu, jak nigdy. Jakiś czas później dostaliśmy listę wstępną trasy, która rozpoczynała się 6. IX w Chełmku. Okazało się też, że potrzeba nam dosyć sporo kasy na paliwo i koszty związane z samymi koncertami, czyli hotel i nagłośnienie, więc zaczęliśmy szukać sponsora. Później okazało się, że jest - SLD - ale tylko na jeden koncert, bo szef powiedział, że niedługo wybory i wszystko, czego by nie zrobił, zaraz przypiszą mu, że to na rzecz swojej osobistej kampanii i będą się do niego przypierdalać, ale po wyborach owszem. Tylko że po wyborach będzie już po wszystkim. W międzyczasie miał miejsce w zespole najgorszy okres, jakiego nigdy jeszcze nie było. Totalny syf. Osobiście dotknęło mnie to bardzo mocno. Najgorsze było to, że dowiedziałem się o tym ostatni a sytuacja trwała jakieś 5 miesięcy. A najśmieszniejsze jest to, że wszyscy dookoła myśleli, że to... Na pewno był to w jakiś sposób katalizator do tego, o czym się dowiedziałem. Anna...... Talib TourPowoli zaczęliśmy przygotowywać się do trasy. Z Warszawy przyjechał SINgiel i zaczęliśmy próbować - codziennie przez dwa tygodnie. O kurwa, kiedy my ostatni raz tak graliśmy? Chyba na Signa Tempori. Musieliśmy się przygotować na 100%. Chcieliśmy się pokazać, już nawet nie Acidom tylko Yodzie, żeby nas zauważył i w końcu zajął się nami, bo do tej pory cały czas chodziliśmy po omacku. 6. IX zaczęło się. Byliśmy przejęci i zdenerwowani jak cholera. Żeby tylko nic nie wysiadło, żeby nic się nie popsuło. No i zagraliśmy! Na "Sad but true" Acid patrzył na nas zza sceny. Kiedy to zobaczyłem, to zrozumiałem, co czuje reżyser na kolaudacji, ale pomyślałem, że jest spoko, bo Titusowi gęba się śmiała od ucha do ucha. Po gigsie były wyrazy uznania z ich strony. Turysta powiedział mi nawet, że miło mu z tego powodu, że jedziemy razem w trasę. Dopiero wtedy puściło ciśnienie i wyluzowaliśmy się. A przed koncertem sraaaaka byłaaaa! No a potem to co, elegancko. Trasa była, gigs po gigsie, zżyliśmy się powoli ze sobą i polubiliśmy. I tak minęło. Szkoda, że tak szybko. W trakcie wypadł Białystok, więc zjechaliśmy do Ostrołęki na imprę. OOoooo!! Ale było, a jak, trzeba się zapytać Yody, a najlepiej Turysty, haha. I to chyba tyle o tym. Yoda postanowił, że będziemy stałym supportem Acidów, jeśli tylko będziemy chcieli.
|